Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/85

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w dyby i pognali kijami, jak stado. Nawet Naczelnik nie mógł przeszkodzić!
— Jabym chłopów nie dał, a dziedziców przepędził choćby kolbami! — warknął.
— Chciałem tak postąpić, ale przyleciał Fiszer z dyspozycyą, żeby się nie przeciwić, bo szlachta może podnieść larum na całą Rzeczpospolitą, czego ze względu na aktualne okoliczności, unikać nam potrzeba. I słuchać musiałem! — westchnął ciężko.
— Psiakrew — zawrzał poruszony do gniewu — byle szlachetka ma swoje prawa, niema ich tylko ojczyzna! Jakżebym pragnął takiej okazyi! — wzdychał żarliwie i napatrzywszy się do syta egzercyrunkom, ludziom i miastu, gdy zmierzch zaczął zapadać, pociągnął do zajazdu Parissota na Floryańskiej. Tam bowiem, w izbie od podwórza, obszernej, nizkiej i pełnej fetorów gorzałek i zwietrzałego piwska, zbierali się klubiści. Ku niemałemu zdumieniu zastał tam Kapostasa na rozmowie z Siedleckim, plenipotentem podkomorzyny Górskiej, gorącym patryotą, lecz również, jak i bankier, zaliczanym do moderantów.
— Właśnie imieniem podkomorzyny poluję na porucznika — przywitał go na wstępie, odciągając do kąta na dłuższą i sekretną rozmowę.
Tymczasem w izbie, w miarę następującej nocy, zbierało się coraz więcej osób. Wchodzili na palcach, lękliwie, z minami srogich spiskowców i przywitawszy się umówionymi znaki, zabierali miejsca przy dużym, okrągłym stole, ustawionym na środku. Parę łojówek w mosiężnym świeczniku rozniecało żółtawe, dymne