Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wciągnij kałdun — wrzeszczał — Mocium tego, gdzie to zostawiasz kulasy! Ty, trąba, nie zadzieraj łba, bo ci gołębie napuszczą!
Mikołajczyk miał inne zgoła sposoby egzecyrunku, cichsze, ale przy których niejeden gwiazdy zobaczył w południe, popuścił juchą, lub splunął własnymi zębami. I posłuch znajdował prędszy, że jego plutony sprawniej wykonywały obroty, maszerując z takim wigorem, aż błoto rozbryzgiwało się na wszystkie strony.
Zaręba przystąpił do Jagielskiego z zapytaniem:
— Cóż to za franty w obcisłych, białych portkach? Chodzą niczem tancmistrze.
— Górale z Nowotarszczyzny! Chwaty i zbóje pierwszej wody.
— Za dużo laktansów — mruknął, rozpatrując się w twarzach i postaciach.
— Takim najbardziej pachnie wojenka i ojczyzna nie jest czczem słowem.
— A tamci przed Derysarzem? Istne łamignaty, paroby, jak tury!
— Cieńskiego z Polanki ludzie. Sam ich zwerbował w kordonie cesarskim.
— Generalnie mało tu widzieć chłopstwa! — zauważył, lustrując szeregi przebrane w kapelusze wojskowego kształtu, natomiast nierzadko powiewające łachmanami.
— Dziedzice bronią ich na wszystkie sposoby. Wczoraj z niemałą burdą odebrali mi kilkunastu swoich zbiegłych poddanych. Prawo mają za sobą. Wzięli ich