Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakoż wszedł F. Lichocki, prezydent Krakowa, w asyście Jmci pp. Czałczyńskiego, wiceprezydenta, T. Krzyżanowskiego, syndyka, i J. Wytyżkiewicza, zarządcy. Wchodzili odęci i rozsrożeni, dając poznać minami, jako ulegają jeno przymuszeniu. Szczególniej Lichocki, nadmiarę ambitny i zadufany w swojem dostojeństwie, pokazywał lekceważenie dla zgromadzonych, uważając ich za uzurpatorów i warchołów.
Wodzicki powstał na niego z gniewem.
— To ty, niegodziwcze, jesteś prezydentem Krakowa?
— Ja nim jestem — odparł czerwieniąc się, srodze dotknięty traktamentem i rozumiejąc, że mu to nic dobrego nie wróży.
— Wiedziałeś, że Łykoszyn będzie uciekał z miasta i znać mi o tem nie dałeś!
— Nie wiedziałem — wystawił się mężnie — a że tam krupne baby na trecie mełły ozorami o spodziewanem wyjściu Moskali, nie sądziłem powinnością moją takowe bajki Generałowi donosić...
— Nie rzucaj mi kilimkiem w oczy, niegodziwy arystokrato!
— Nigdy nie miałem dyspozycyi do łgarstwa — zaperzył się — opowiem z rzetelnością jak było: Owo wczoraj z rana o piątej godzinie, kiedym jeszcze spał, dobił się do mnie sierżant moskiewski i powiada: Jest rozkaz od JW. Łykoszyna, komendanta, byś, panie prezydent, zaraz do niego przyszedł, bo będziemy wychodzili z miasta.
Kazałem przywołać Zaydlera, prowentowego, i poszliśmy. Kiedym dochodził jego kwatery, właśnie