Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

z bramy wyjechała w kolasce Łykoszynowa, a szwadron jazdy i kozacy stali gotowi pod kamienicą. Na kwaterze, już w pustych pokojach, zastałem Łykoszyna. Oddał mi książki, pożyczone od p. Heppena, klucze od wypróżnionych magazynów i powiada:
— Bądź zdrów, prezydencie, a daleko do Pińczowa? Czy zdążę tam na południe? — Poczem wypadł z domu, siadł na konia i na czele jazdy wyjechał z Krakowa przez Sławkowską bramę. Prawdziwość mojej relacyi mogą poświadczyć wszyscy. Ani słowa nie ująłem, ni też dodałem.
Generał Wodzicki mimo takich eksplikacyi, powsiadłszy na niego, zekpał od ostatnich, aż Kościuszko, chcąc nieco załagodzić sytuacyę, przytrzymał Lichockiego za pas i powiedział:
— Mój panie prezydencie, nie wchodzę ja w to, jakim byłeś względem Moskali, ale spodziewam się, że i dla mnie będziesz grzecznym. Cóż, rozkazałeś swoim pachołkom zwoływać lud pod ratusz?
Rumor wchodzących zgłuszył dalszą rozmowę, weszło bowiem paru oficyerów, a pomiędzy nimi Fiszer z Zarębą.
Naraz bębny zagrały i zadudniała ziemia pod ciężkimi krokami.
— Batalion Czapskiego bierze dyrekcyę na rynek; i my tam zaraz ruszymy — objaśniał cicho Fiszer.
— Ja się wysunę naprzód. Mój moderunek tak w drodze ucierpiał, że wstyd mi ściągnąć na siebie oczy. Wolę się zaszyć między pospólstwo. Radbym się też dowiedział o duchu Krakowa, co mi snadniej dopiąć