Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W ulicach leżał jeszcze mrok i tłukły się rzadkie, wilgotne mgły. Gdzieś z rzadka człapały po błocie niedojrzane postacie żołnierzów i w różnych stronach miasta głucho warczały bębny.
— Obsadzają bramy. Rozprowadza wojsko kapitan Wasilewski.
Kościuszko nie odpowiadając, wyprzedził go nieco i do klasztornej furty zakołatał. Otwarła się przed niemi posępna ulica korytarza. Weszli bocznemi drzwiami do kościoła, w głębokie mroki, ledwie zmącone świtaniem, lejącem się przez wązkie witraże. W pustych i mrocznych nawach leżała taka cichość, że kroki rozlegały się łomotem grzmotów. Ogarnęło ich powietrze, przesycone zapachami kadzideł, wosku i pleśni.
Właśnie, gdy wchodzili, zapalano świece na wielkim ołtarzu i posunął się na przywitanie Wodzicki w asyście J. Ślaskiego, Linowskiego, Dębowskiego i generała ziemiańskiego, G. Taszyckiego. Przywitali się w milczeniu, bowiem gwardyan już wychodził ze mszą, że tylko Linowski zdążył szepnąć:
— Ks. Dmochowski eksplikuje się z nieobecności słabością.
Kościuszko, przyklęknąwszy na środku przed ołtarzem, wsparł czoło na główni szabli i znieruchomiał w jakichś kontemplacyach.
Msza była cicha i tylko niekiedy rozbrzmiewał starczy głos księdza lub dzwonki wybuchały brzękliwie. Gwardyan biały, jak gołąb, z brodą siwą i długą, wyschnięty na szczapę, dawał postać świętego ze starych obrazów. Odprawiał nabożeństwo na intencyę insurekcyi