Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zwyczajny: dudniały przetaczane harmaty, grały trąbki, dawał się słyszeć akuratny tupot maszerujących wojsk, niekiedy przelatywały konne oddziały, nawet sygnaturki kościołów rozświergotały się dzisiaj wcześniej.
Równo też z uderzeniem szóstej Kościuszko zerwał się na nogi.
Fiszer, oczekujący już z raportami w małej stancyi, aż oniemiał na jego widok; tak mu się wydał przemienionym. Kamienna szarość powlekła mu twarz, brwie spinały się groźnie niby lwie, oczy patrzyły, jako niezgłębione otchłanie, wyraz znaczył się w twarzy surową powagą i namaszczeniem, a wszystka postać pokazowała jakoby obraz Mojżesza po rozmowie z Panem. Zdawał się, jako i tamten, powracać na świat z tablicami Nowego Zakonu. Bił od niego majestat i potęga prawego Wodza Narodu.
Fiszer, z przyrodzenia wesoły i krotochwilny, a jako adjutant, socyusz i przyjaciel, przypuszczony do wszystkich sekretów, w tej jednak chwili stracił zupełnie kontenans, nie wiedząc, co z sobą począć. Dał spokój raportowaniom i nie śmiejąc przerywać milczenia, jął niby to porządkować kancelaryę; lecz wszystko leciało mu z rąk i serce tłukło się coraz niespokojniej.
Dopiero, kiedy Kościuszko zwrócił na niego oczy, sprężył się, ponawiając raporta.
— Na potem sprawy. Pójdziemy na mszę do Kapucynów. Gwardyan czeka — przerwał mu i przypasawszy szablę, okrył się płaszczem i ruszył naprzód.