Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/442

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Sewer! — Głos był Izy.
Rzucił się do niej przerażony. Padła mu do nóg nieprzytomna. Szambelan stał bezradnie.
Porucznik Piotrowski, prowadzący konwój, zaczął mu szeptać do ucha.
— Złowiliśmy tych ptaszków w pałacu Borcha. Spali popici. Dama zaś, to kochanka Zubowa. Mamy ją na konskrypcyjnej liście! A ten robaczywy dziad ma michałki we łbie.
Po krótkich pertraktacyach i przedstawieniach odstąpił mu Izę wraz z szambelanem i pokojową.
Zaręba odprowadził ich do klasztoru Brygidek. Iza była chora, mówiła w gorączce, często bezładnie, wyrozumiał jednak, jako uciekła przed Zubowem na poddasze pałacu i tam przesiedziała cały czas. Ściskała mu ręce, dziękowała i co chwila spazmatyczny płacz rozrywał jej piersi. Szambelan, zupełnie nieprzytomny, wciąż opowiadał jedno i toż samo.
— Pawie zaczęły krzyczeć! Uważasz, pawie zaczęły krzyczeć!
Noc już zapadała i Zaręba, otrzymawszy rozkaz Cichockiego zajęcia obserwacyjnego stanowiska na Jerozolimskiej rogatce, ruszał tam na czele sporego oddziału piechoty, jazdy i artyleryi. Drzymał na koniu z utrudzenia, nie bardzo wiedząc, co się dzieje dokoła.
Warszawę ogarnął szał upojenia. Stare Miasto i Krakowskie zapchane były rozwrzeszczanymi radośnie tłumami. Od pożarów, podnoszących coraz wyżej rozwichrzone, płomieniste grzywy, widno było na mieście. Świeciły wszystkie okna. Otwierano handle. Turkotały