Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tutaj rzucą się losy żywota lub zagłady — powiedział, ujrzawszy miasto.
Wysiedli przed pałacykiem Wodzickiego, stojącym pod murami Krakowa za tak zwaną Szewską furtą, prawie naprzeciw ulicy św. Anny. Kościuszko szepnął hasło dyżurującemu w bramie oficyerowi, który nie poznawszy go z racyi przebrania i ciemności, rozkazał wartom przepuścić. Wodzicki już oczekiwał na niego w sali na pierwszem piętrze, gdzie miała się odprawić ostatnia narada, determinująca wybuch powstania. Jakoż pokrótce zaczęli się schodzić najznaczniejsi ze spiskowców, jacy się byli aktualnie znaleźli w Krakowie.
Pierwszy zjawił się szambelan A. Linowski, dniem naprzód przybyły na tę okoliczność z Wiednia; potem wszedł pułkownik regimentu Wodzickiego, A. Kczewski, z kapitanem Wasilewskim, a na ostatku zakutani w płaszcze, z postawionymi kołnierzami, w kapeluszach nasuniętych na oczy pokazali się: A. Kapostas, bankier z Warszawy, zbiegły szczęśliwie przed aresztowaniem; ks. Fr. Dmochowski, przybyły z Drezna, prawa ręka ks. Kołłątaja, którego choroba jeszcze przytrzymała za granicą; generał Ziemiański, J. Płaski, oraz kasztelan Dębowski. Witali się w milczeniu, obsiadając okrągły, wielki stół zawalony papierami. Sala była duża, ponura i dziwnie mroczna; mosiężny pająk na kilkadziesiąt świec dawał żółtawe, jakby gromniczne światło.
Fiszer z adiutantem Wodzickiego, Biegańskim, asystowali naradzie w pełnem uzbrojeniu na wszelką okoliczność. Przez uchylone podwoje do sieni, przemienionej w kordegardę, połyskiwały bagnety dwóch gemejnów.