Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


o tem, co ma nastąpić. Chytra sztuka. Powiadomi swoich o naszych zamiarach i nie pozwolą się zaskoczyć. Pogoń już wysłana?
— Miały iść za nim dwie kompanie piechoty i sto jazdy.
— Fiszer, siadaj i pisz Wodzickiemu: Natychmiast pchnąć sztafety do Manżeta i Madalińskiego, niechaj co pary w koniach ruszą przeciąć mu drogę. Ktoś wydał.
— Krakowscy Targowiczanie — zawrzał rozjuszony Fiszer. — Siedzi ta przecież ten eks-poseł grodzieński, konfident Sieversa, Głębocki, siedzi Ożarowski, siedzą i drudzy. Doszli sekretu i zdradzili przed Łykoszynem. W jaką stronę ruszył?
— Sławkowską bramą i jak powiadają, ku Pińczowu — objaśniał goniec.
— Dopiszę aby piechotę wsadzono na wozy, to może go dopędzą. A czemuż nie uderzono na niego, gdy wychodził? Wszak bramy były obsadzone?
— Nie było rozkazu!
— A łby baranie, a kundle, a gamonie! Masz do generała i gnaj co pary w koniu! Zaraz jedziemy do Krakowa? — zwrócił się do Kościuszki.
— Ruszymy tam popołudniu, żeby stanąć o zmierzchu; tak radzi Wodzicki dla pewnych racyi — odparł wzburzony, przemierzając spiesznie stodołę.
— By Łykoszynowi nie nastawać na pięty — wybuchnął Fiszer. — Jabym nalazł sprawcę tego bigosu. Niedarmo generał był w takich faworach u królu Jegomości, niedarmo też odradzał powstanie i straszył — jurzył zaciekle przeciw Wodzickiemu. Nic jednak nie wskó-