Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


egzageracyą. Zmienił jednak wkrótce swoją opinię, bowiem w dalszej rozmowie Zaręba okazywał się być człowiekiem oświeconym i o szerszem objęciu spraw krajowych. Wręcz mu to powiedział, traktując go z wyróżniającą dobrotliwością. Późno w noc rozpytywał go o najprzeróżniejsze szczegóły warszawskich przygotowań, a szczególniej o ludzi nieznanych sobie, a wyróżniających się w sprzysiężeniu. W końcu zeszła rozmowa na Kilińskiego.
— Trzeba go wysuwać na czoło dla przykładu i zachęty pospólstwa — radził.
— Majster nie lubi chować się w cieniu, ambitna sztuka i rad się wystawia na oczy — objaśniał Zaręba.
— Dosyć na dzisiaj — zakończył Kościuszko, rzucając się na polowe łoże. — Zostaniesz przy mnie. Kraków za parę godzin będzie wolny, a jutro nastąpi publiczne proklamowanie aktu powstania. Będziesz miał z czem powracać do Warszawy.
Fiszer spał już od dosyć dawna, więc i Zaręba mając rozmowę za skończoną, zaszył się w siano, gdyż mroźny wiatr przeciągał po klepisku, dobierając mu się do skóry. Zimno i przeróżne medytacye nie pozwoliły mu jednak zasnąć. Świeca, dla przezpieczności zatknięta we wodzie na dnie wiadra, rzucała w górę snopem małych brzasków, że wszystko zdawało się być majaczeniem. Zaręba, wspierając się na łokciu, zapuszczał oczy w stronę Kościuszki; lecz w ciemnościach i ciszy późnej godziny posłyszał jeno jego równy i spokojny oddech. Spał snem sprawiedliwego. Znał go z twarzy i postaci, jak żołnierz zna wodza, prowadzącego w boje; uwielbiał