Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/351

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Poprosić porucznika Zakrzewskiego! Mój drogi, nie przeszkadzaj, jestem właśnie w natkliwszem miejscu! — odparł rozłzawionym głosem, nie odrywając oczów od książki.
Jakoś po chwili wpadł Marcin, zły jeno wielce i czemś podekscytowany.
— Powtórzę ci, com przed godziną posłał do arsenału — udobruchał się nieco lulką, gdyż w królewskich antyszambrach palić nie było wolno — król wie na pewno, co się gotuje. O zmierzchu Ryx wprowadzał jakąś personę tajnem przejściem z biblioteki. W przeciągu wieczora prymas przysyłał aż dwa razy z listami. Wzywano na jakąś naradę Boscampa. Ankwicz konferował z hetmanem u Moszyńskiego. Pani Tyszkiewiczowa wywiezła od króla jakiś pak, dwóch lokajów ledwie go udźwignęło do pojazdu. O samej północy przylatywał kuryer od Igelströma.
— List przejęty i odesłany do arsenału. Równo z północą przerwana została wszelka komunikacya Zamku ze światem! — wtrącił Strzałkowski, podnosząc oczy na nich.
— Nic o tem nie wiedziałem. Muszę wracać na służbę; król jeszcze nie śpi, może mnie potrzebować Czy wiesz, Terenia w Kozienicach — zwrócił się żałośnie do Zaręby.
— Któż ją skazał na tak srogą pokutę?
— Juścić ojciec. Wyprawił pono jakąś scenę szambelanowej, Terenię zabrał i ekstra pocztą pod konwojem wysłał do domu. Rozumiesz co? Bądź zdrów!