Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/331

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jechał zwolna, dziesięciu zaprzysiężonych dragonów człapało za nim. Hetmańskie hasło i marszałkowskie odznaki dawały mu możność swobodnego krążenia po całem mieście. Miał do świtania zaledwie parę godzin, a wiele spraw do załatwienia. Myślał jednak tylko o Izie. Obiecał jej kiedyś powiadomić o godzinie wybuchu, I teraz, wobec usług, jakie oddała sprawie, przyrzeczenia dopełnić powinien. Zatargały nim obawy. A jeśli wyda Zubowowi? Odpędzał tę myśl natrętną i straszną. Chwiał się i wahał. A przytem wzrastała w nim obawa o jej bezpieczeństwo. Był prawie pewny, jako Konopka na konskrypcyjnej liście ją zapisał. Uważał swoją powinnością odwrócić od niej ten cios hańby, a może i śmierci. Ostrzegła kiedyś przed aresztowaniami, teraz znowu odsłoniła hasło wrogów. Sprawiedliwość wymaga słusznej nadgrody. Tłómaczył się przed sobą. Odpędzał przyczyny tkliwszej natury. Z tej strony miał się za ubezpieczonego.
— Spełnię, com powinien, i niech sobie dalej radzi sama! Kwita byka za indyka! — zakonkludował, zupełnie uspokojony, i ruszył z kopyta. W parę minut powstrzymał oddział pod kratami pałacu Borcha na Miodowej. Rozkazał im zaczekać, a sam przedostawszy się w dziedziniec, ruszył bocznem wejściem do apartamentów szambelanowej, na pierwsze piętro. Otworzyła mu przerażona pokojowa i drogę zaparła.
— Obudź panią szambelanową. Sprawa wagi najwyższej! Ruszaj prędzej!
Po chwili pokojowa wprowadziła go do gotowalni. Weszła Iza snać prosto z łóżka, w jakiejś złocistej ro-