Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/332

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bie, podbitej futrem, z włosami w nieładzie, różowa jeszcze od snu, prawie nieprzytomna i cudniejsza, niźli zwyczajnie.
— Daruj mi! Dasz mi słowo na sekret, to powiem ważną dla ciebie nowinę — zaczął z miejsca.
— Masz moje słowo, dotrzymam święcie! Powstanie wybucha, kiedy? — uprzedziła.
— O świtaniu! Sygnałem strzał armatni i bicie dzwonów! Wszystko już gotowe...
— Pojmuję wagę tej chwili. Siadaj! Gorączka bucha od ciebie! — wydawała się być spokojną.
— Nie mam czasu. I jeszcze jedno ci rzeknę: uciekaj z tego domu, salwuj się póki pora. Pałac jest pod dozorem. Jeszcze zdążysz! Mogą napaść i mogą się stać straszne rzeczy!
— Egzagerujesz! Wszak nie wypowiadacie wojny bezbronnym kobietom!
— Wszyscy podejrzewani o sprzyjanie Prusakom i Moskalom mają być wzięci pod areszt, sądzeni i karani! — wyrzekł z niezmierną przykrością.
Iza stanęła, jakby ugodzona w serce, krwawy płomień oblał jej twarz i szyję. Zrozumiała całą grozę swojej sytuacyi. Straszliwy wstyd ściskał za serce, ale odezwała się ironicznie:
— Gotujecie nam szafoty! — spojrzała z niewypowiedzianą wzgardą.
— Mogłabyś się schronić u Wizytek — puścił mimo uszów jej słowa — każ budzić męża i kasztelanową. Macie zaledwie trzy godziny czasu. Nie należy tracić ani mgnienia.