Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w jego obietnice i w tę nową, przyszłą Polskę, jaką im ukazywał. Chwilami równał ich nawet w myślach z onymi rycerzami, ciągnącymi na zdobywanie Chrystusowego grobu. Radość nim owładnęła, radość filantropa, znajdującego społeczność, żyjącą wedle praw natury, i radość wodza i statysty.
— Chłop wolny — konkludował w najgłębszem przeświadczeniu — to Polska wolna, to fundamentom jej potęgi i niepodległości. A któż się oprze całemu narodowi? — powtarzał słowa chłopskie, niedawno zasłyszane. — Przeto niewolno nam desperować o jutrze! I nie potrzeba — myślał radośnie, odsuwając się nieznacznie od ogniska. I jak się był zjawił, tak i odszedł, niepostrzeżony.
Fiszer już chrapał z głową wspartą o siodło i wpółwgrzebany w sianie, zaś dla niego było nagotowane polowe łóżko. Rzucił się na nie, okręcił burką zasnął twardym, żołnierskim snem.
Było już dobrze po północy, kiedy Bujak, obudziwszy Fiszera, zameldował:
— Przyszli jacyś przebrani za chłopów, dali hasło i napierają się przed generała.
— Niech poczekają do rana! Ruszaj do stu dyabłów! — zaklął rozespany.
— Cóż to za jedni? Skąd? wtrącił przebudzony Kościuszko. — Zapal światło!
— Powiadają się być z Warszawy.
— Przyprowadź, właśnie potrzeba mi wiadomości z Warszawy.
Wszedł jakiś człowiek w chłopskiej odzieży i stra-