Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zebranie. Naturalnie było jeszcze za wcześnie i wielka sala na piętrze stała pusta i mroczna. Zajrzał do kantyny na parterze; siedziała tam garść młodych oficyerów, część grała w bilard.
Zaręba pił wino, palił lulkę i zbierając rozprószone myśli, błądził oczami po ścianach, przybranych w obrazy bitew, konterfekty sławnych wodzów i broń. O parę kroków od niego, przy stoliku pod oknem, siedziało dwóch poruczników artyleryi: Linowski i Caspari, z jakimś młodym podporucznikiem, którego twarzy nie pamiętał, a który rozmawiał namiętnie i tonem, nie doduszczającym sprzeciwów. Towarzysze patrzyli w niego z podziwem uwielbienia, jeno niekiedy wtrącając jakieś lękliwe słowa. Traktował ich z pyszną wyrozumiałością. Poruszał najprzeróżniejsze materye, a o wszystkiem miał zdanie zuchwałe i niewzruszenie pewne. Rąbał, jakby toporem, i rozbijał nieubłaganie i to zarówno Arystotelesa, jak i maksymy francuskich jakobinów. Natrząsał się nad nimi.
Zwróciło to uwagę Zaręby, zaczął pilniej nasłuchiwać i ukradkiem spozierać.
Podporucznik był średniej miary; złożony sucho, barczysty i o wypukłych piersiach, dawał obraz zdrowia i młodości, zastanawiała jeno długa twarz, blada i srodze pofałdowana, zacięte wargi, duży nos, ogromne czarne oczy, czoło nadmiernie wysokie i w skroniach rozwinięte, pobróżdżone i pionową zmarszczką naznaczone. Głowę miał wielką, czarnym, zwichrzonym włosem pokrytą, przegarniał je ustawicznie długimi palcami. Mówił prędko, wybuchając co chwila gniewem,