Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/284

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Za główną bramą, uczynioną z dębowych bali, żelaznych sztab i zawaloną od środka worami piasku i kamieniami, czaiły się granatniki przy zamaskowanych strzelnicach i biwakował pluton kanonierów.
Ze sieni, przypominającej obszernością beczkowatą nawę kościelną, prowadziły wejścia do sal zbrojowni oraz na piętra, zaś ostatnie na lewo, na kwaterę komendanta, pułkownika Dobrskiego. Była to amfilada niewielkich, sklepionych izb z oknami na wewnętrzny dziedziniec, obudowany pawilonami składów, koszar i artyleryjskich warstatów.
Na kwaterze mimo wczesnej godziny kancelarya już pracowała i panował ruch znaczny, bowiem co trochę ktoś wpadał z raportami.
W ostatniej stancyi, przy środkowym stole, siedziały wyższe szarże. Brzask kilku świec, tłumiony przemglonym porankiem, zaledwie pozwalał rozeznać twarze.
Wszedł porucznik Zaręba.
— O świcie przyniósł mi te odpisy Kiliński — meldował, podając generałowi Cichockiemu kartelusze, zapełnione drobnem pismem — wedle jego zapewnień, pochodzą z tajnej kancelaryi Igelströma.
Cichocki, pochłonąwszy je, podał w milczeniu Dobrskiemu; ten przeczytawszy, zaczął kląć i podsunął papiery generałowi Orłowskiemu, byłemu komendantowi Kamieńca. Na ostatku powędrowały pod okno do długiego stołu, przy którym pracowało kilku młodszych oficyerów. Czytano je z niezmierną uwagą.
— Nie chce mi się wprost uwierzyć! — odezwał się Cichocki do Zaręby.