Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dali: »Chodź, Jasiek, na wojnę!« to i poszedłem. Co mi ta gdzie dobrego, marnacyja i tyla...
Drugi zaś, wyrośnięty, z płową grzywą równo przyciętą nad czołem, z oczami niby turkusy, rozgadał się obszerniej.
— Jeszcze na jesieni dziady proszalne przynosiły do naszej wsi pisma od samego Kościuszka i rozpowiadały, jako zbiera ludzi na wojnę z panami. Sam organista czytał, że każdemu, któren do wojska przystanie, Kościuszek obiecywa dać rolę i grunta, ile koma potrza. Wierzyli, nie wierzyli, bo gdzieby ta panowie co z dobra woli użyczyli chłopom, cheba tych kijów! Ale jak rzepliński dziedzic przysięgował w kościele, że to wszystko święta prawda, to nie było dnia, żeby który do niego nie uciekał. Wybrałem się i ja z drugimi. Cóż, kiej me ekonom przydybał, zbił i obiecał za karę wysłać aż za Tarnów na leśne roboty. Ledwie me matula wykupiła rocznym ciołkiem. Potem p. Dujak me zmówił, kosę dał, z drugiemi stowarzyszył i do Kościuszka zaprowadzi. Będziewa prać Moskali! — zaśmiał się junacko.
Trzeci z kolei, chłop znacznie starszy, dziobaty i o ponurem wejrzeniu, mówił.
— Żeby to była prawda, co ten Kościuszek obiecywa, wszystkie chłopy przystałyby do niego. Żadenby gnatów nie żałował, a przyszłoby głowę położyć, położyłby. A któżby się to oparł wszystkiemu chłopskiemu narodowi? — zatoczył dziko oczami i trzasnął kijem w ogień, aż się głownie rozleciały — ale bo to panowie przyzwolą na sprawiedliwość! Póki mają nóż na gar-