Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Majster leci po marszałkowskich! Panu majstrowi nie w smak Barani Kożuszek? Radzę po dobroci, nie wtykaj nosa, gdzie nie dasz grosza! — gadał mu jakiś.
— A to co? Napaść na gładkiej drodze! Precz mi, bo pożałujecie...
Raptem jakaś szmata spadła mu na głowę i oczy, jakieś żelazne pazury chwyciły za gardziel, posypał się grad kijów na plecy i stracił przytomność.
Oprzytomniał dopiero w swojej stancyi, na łóżku, stała przy nim zapłakana żona, czeladź i cyrulik z miską pełną krwi, na głowie poczuł zmoczone chusty.
— W imię Ojca i Syna! Co się stało? — zawołał, przerażony, rozglądając się po izbie.
Naraz przypomniawszy sobie całą awanturę, aż sponsowiał z bezsilnego gniewu i rozważając różne szczegóły, słuchał relacyi żony, prawiącej w kółko a płaczliwie, jako go to przynieśli nieprzytomnym, jako posłała po cyrulika, jak się wylękła i t. d.
— Fraszki małe ptaszki — przerwał jej niecierpliwie — chwała Bogu, czuję się cały!
— Mogło być gorzej! Ale uważaj kum na siebie — wystąpił z perorą cyrulik — masz kompleksyę krwistą i właśnie gorzałka pędzi gęste humory do głowy. Nie mówię, półkwaterek, nawet dwa, to i dla kontuzyi żołądka użyteczne i flegmę rozpuszcza i przeciwko kolce skuteczna obrona. Owóż radzę: ostrożnie kocię, gdy idzie o cię.
— Nie bajdurz kum! Nie gorzałka była przyczyną! — porwał się i opadł z jękiem.