Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cóż to kumowi? Słabo? W głowie się mąci? To zawsze bywa po krwie puszczeniu.
— Gnaty mnie ano bolą — zaskarżył się boleśnie.
— Potłukłeś się kum przy upadku, gorzałką z tłustością wartoby wysmarować...
— Idź kum do dyabła z medykamentami! — Przypomnienie basałyków doprowadziło go do takiej pasyi, że wypędził cyrulika, skrzyczał żonę i zaczął się spiesznie ubierać.
— Laboga, toć ósma za pasem, zaczną się schodzić! Odpłacę ja ci, panie Konopko, takim traktamentem, że go popamiętasz! — mruczał groźnie, rozcierając sobie boki.
— Waluś, gamoniu jeden, dawaj czarny kontusz, i pas dropiaty. A ruchaj się, do stu piorunów! Zawołaj pani majstrowej!
Majstrowa stanęła w drzwiach, zadąsana i z zapłakanemi oczami.
— Moja Marysiu, każ antał z piwem angielskiem odbić i postawić na koziołku, gąsiory ze sklepu przynieś, pieczenie pokraj i pozwól grabek i nożów; niech się przyuczą jeść obyczajnie. Ale jeśli przyjdzie Karski, zabaw go i daj mi znać. Czegóż się boczysz i miny stroisz? Po takim przypadku to i aniołby się wściekł, a niedopiero grzeszny człowiek! A nie żałuj niczego, trzeba wystąpić godnie — grzmiał z dawną energią i przemógłszy dolegliwości, zeszedł na dół pomagać w uprzątaniu izby i sam ustawiał na dużym stole, ukrytym za parawanem, przeróżne specyały i niemałą kompanię gąsiorków i flach.