Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Puść mnie Waszmość! Jakem Kiliński, nie dopuszczę poniżania Majestatu!
— Nie wydzieraj się, bo nam tu na karki sprowadzisz marszałkowską psiarnię.
— Jak Pana Boga kocham, sam ją przywołam, niech temu dziadowi nasypią batów.
— Łapże go Acan i przytrzymaj! — zaśmiał się Konopka.
Kiliński się obejrzał: pod Krakowską Bramą było pusto, a po Baranim Kożuszku nie pozostało ani śladu, jeno kupa jego adherentów zachodziła z prawego flanka, jakby pragnąc wziąć odwet na majstrze i jego socyuszach, trzymających się blizko.
— Wiem, gdzie go szukać — wrzał zaperzony — nieraz mi donoszono, jako burzy naród przeciwko królowi po bilarach i kafehauzach. Dzisiaj na własne uszy słyszałem i nie daruję. Jakem Kiliński, do poniżania Majestatu nie dopuszczę!
— Nic mu nie zagraża i Aspan niepotrzebnie się o niego kłopoczesz.
— Powinnością poddanego stawać w obronie swojego króla!
— Mój panie majster, znam cię poczciwym i gorącego serca patryotą, aleć rzeknę: są sprawy, do których nie radzę wtrącać swoje trzy grosze — ostrzegał, rozdrażniony.
— Skoro materya publiczna, prawo mam i wydrzeć go sobie nie dam — wołał hardo — i to mi się właśnie nie podoba, że się formuje jakaś kabała przeciwko królowi.