Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Veto! Dosyć tego! — przerwał mu gwałtownie Kiliński, przepychając się ku dziadowi — zabraniam wszelkich krotochwil z osobą króla Jegomości! — ryczał majster, grożąc sękatym kijem. — Wara! Chcesz rzezać łby jaśnie panom: nie przeciwię się takiej dyspozycyi, ale od Majestatu wara, bo łby polecą w drzazgi! Wynoś mi się, pókiś cały! Fora ze dwora! — grzmiał, rwiąc się zapalczywie do bitki, nie bacząc na srogie miny ultajstwa i jakichś żołnierzów, którzy otoczywszy Baraniego Kożuszka, jęli warczeć, niby rozjuszone wilki.
— Królewski kundel! A pódziesz! Huzia go! A do budy! Szpiegun! Huzia!
— Sam tu, cechowi! Pobronię króla! Do mnie, szewcy! Kijami psubratów! — krzyczał Kiliński, rzucając się naprzód. I byłoby przyszło do burdy, bowiem sporo ludzi wzięło jego stronę, lecz i przeciwnicy zebrali się w niemałej kupie. I już obie strony zaczynały się zwierać, kląć, wytrząsać pięściami, chwytać za boki, dobierać się łbów i tarmosić, gdy zjawił się Konopka z kilkunastu kanonierami.
— Milczeć i rozchodzić się! Kacper! Rozpędzić gołotę.
Kacper, jakby klinem, uderzył w tłum, rozszczepił go na dwoje, potem rozbił na czworo i ogarnąwszy każdą kupę z osobna, rozpędzał na wszystkie strony. Nie obyło się bez lamentów, a nawet tęgich razów, jakich w potrzebie nie żałowali kanonierzy.
Konopka zaś, ująwszy majstra pod ramię, osadził go w miejscu i rzekł spokojnie:
— Ja swoje racye wyłożę, chodź Aspan na stronę.