Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A kajto ciągniecie, kaj? — pytali sfrasowani starce.
— Na wielką wojnę! Za wolność bić się idziema, za Polskę! — odkrzykiwali dumnie, junacko, potrząsając bronią i hardo tocząc oczami.
I maszerowali dalej wśród błogosławieństw, płaczów i podziwów.
Bywało, iż gdy przechodzili wsie, wszystka ludność wysypywała się na powitanie, wynoszono im, co kto miał, dzieląc się radośnie ostatnim kęsem chleba. Zdarzało się, iż jakiś chłopak, niby urzeczony, przystawał do szeregów i szedł za głosem trąbek, za wiewem proporców i kos migotem, szedł na śmierć lub zwycięstwo. W jakiejś wsi kościelnej przyjmowano ich biciem dzwonów i świętemi obrazami, a ksiądz ognistem przemówieniem pokrzepił na ciężkie boje. Było, że i jakiś dwór pański na roścież otworzył serca, gumna i podwoje na przyjęcie chłopskiego rycerstwa.
I na krótkim odpoczynku sam dziedzic, JW. Wielowiejski, ugaszczał ich, czem jeno mógł. A gdy odchodzili, kazał dać cztery konie i wozy wyładowane różnem dobrem i żołnierskiemi moderunkami, zaś Kaczanowskiemu wsadzono do bryki srodze pękaty tobół, wypchany jadłem i napitkami. Ale zdarzały się i mniej fortunne przyjęcia. Maszerowali bowiem i przez takie wsie, w których z rozkazu dziedziców kołowroty zastawali zamknięte, chałupy jakby wymarłe, a w opłotkach i obejściach ani żywej duszy — gdzie tylko pospuszczane z łańcuchów pieski naszczekiwały zajadle. Żołnierstwo szemrało na takie praktyki, lecz Kaczanowski jadący