Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na to właśnie weszła pani Ślaska ze swoim fraucymerem i domownikami. Zaczęły się tkliwe, pospieszne pożegnania, zwłaszcza, iż za oknami grały już trąbki, warkotały bębny i ziemia dudniała pod stopami tysięcy.
Pito jeszcze strzemiennego, pito zdrowie pani domu, rodziny, domu, przyjaciół, somsiadów, nieobecnych, Kościuszki, że co chwila buchały wrzaski wiwatów niby salwy i brzęki tłuczonego szkła. Prawiono oracye, których nikt nie słuchał! Ściskano się, brano w ramiona, padano damom do nóg i płakano z rozczulenia. Skorzystał z tego zamętu Kaczanowski, bo ujrzawszy swoją bogdankę, do której wzdychał całą zimę, śliczną pannę Maciejowską, wielkiego domu sierotę, na opiece Ślaskich pozostającą, przysunął się do niej skwapliwie.
— Moje najniższe służby! Z pożegnaniem staję przed Waćpanną.
Panna, cudna niby majowy poranek, zatrzepotała trwożnie złocistemi rzęsami, na różane policzki padły bladoście i wyrzekła z powstrzymaną żałością:
— Jedź Waszmość z Bogiem i niech cię anieli święci strzegą od złej przygody.
— Bóg zapłać za poczciwość, ale zdaje mi się, jako Waćpanny już więcej nie zobaczę...
— Powiedziała mi wczoraj kabała, że wrócisz zdrowy! — zasromała się nagle wyznania.
— Moje ty krocie! — wykrzyknął zuchwale atakując jej rączki — Moje ty krocie!
I na tem musiał poprzestać, powinność oderwała go od lubej, wołano na niego, wojsko czekało na wo-