Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cami i nic więcej. Ale cóż, kiedy jej nic nie mówią i pozwalają na wszystko.
— Ja nie mam żadnej nad nią władzy, przecież to miałam zastrzeżone, a zresztą dziewczyna tak źle od początku prowadzona, bez zdolności, zahukana, wystraszona ciągłem łajaniem...
— Jak pani śmiesz tak mówić! Moja córka źle wychowana! Bez zdolności! Ja jestem złą matką! ja — matka, źle postępuję z własnem dzieckiem! To niesłychane! Płacę pannie — to powinna coś umieć, od czegóż tu panna jesteś? Panna się tylko mizdrzysz do wszystkich i Darwinów czytasz. Po chłopskich chałupach się włóczysz — dobrodziejka jakaś, reformatorka! Psami się opiekuje, a dziewczyna, samopas puszczona, robi co chce! Mając zaś takie przykłady...
— Nie odpowiadam nawet na obelgi, bo jesteś pani niepoczytalną. Jutro mogę odjechać, dosyć mam tego obywatelskiego chleba — dosyć!
Trzasnąwszy drzwiami, wyszła. Dziedziczka zaczęła biegać po ganku, sycząc przez zaciśnięte złością zęby.
— Żmija, flądra warszawska, niegodziwiec! Zostań! — krzyknęła na Tosię, chcącą się wymknąć pocichu.
Dziewczyna przysiadła na ławeczce i ukrywszy rozczerwienioną, zapłakaną twarz w rękach, napróżno starała się powstrzymać spazmatyczne łkanie.
— Sto dwadzieścia rubli płać, obchodź się, jak z równą — i tak się wywdzięczy. Szewcówna, tfy! Fochy będzie mi tu pokazywać, morały prawić! A jedź na złamanie karku! Dwadzieścia na twoje miejsce do-