Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Witek się nachylił, skoczyła mu na ramiona i dosięgnąwszy szczytu parkanu, wciągnęła się na wierzch, zeskoczyła zaraz na drugą stronę i znikła w parku.
Witek pojechał, rozglądając się markotnie za źrebakami.
Ona zaś otworzyła książkę i śpiesznie, głośno zaczęła recytować lekcję. »J’aime, il aime. Tu aimes, vous aimez. Nous aimons, ils aiment«, powtarzała, uporczywie wbijając sobie w pamięć, że nawet nie słyszała wołania.
— Tosiu! Tosiu!
Drgnęła, zaczęła odmieniać jeszcze prędzej i biegła do domu. Strach ją ogarniał. Dojrzała pomimo pośpiechu nauczycielkę, stojącą na ganku od ogrodu, więc jeszcze spieszniej obiegła dwór i wpadła na podwórze, zdążając do frontowego wejścia i powtarzając sobie bezustannie.
»J’aime, il aime. Tu aimes, vous aimez. Nous aimons« i t. d. Nie mogła spamiętać i zamilkła, bo zobaczyła matkę, stojącą na ganku i przypatrującą się jej uważnie.
Odrazu poznała, że jeździła, bo Tosia miała włosy potargane, sukienkę zmiętą, podartą — żółte pantofelki zawalane torfiastym gruntem rowu, więc tylko krótko spytała:
— Gdzie Madam?
— Nie wiem, mamusiu. Ja... byłam w parku... uczyłam się lekcji... nie widziałam... — tłumaczyła się, drżąc ze strachu i niespokojne, bojaźliwe, a pełne prośby o przebaczenie oczy zwracała na matkę.
— Pokaż książkę.