Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niając się, zataczał coraz szersze kręgi. Słońce przygasało, w brózdach, po rowach, pod rozłożystemi gruszami ciemniało, łąki zaczęły siwieć rosą i okręcać się fioletowymi mgłami. Cichość jakaś wlewała się w świat i brała wszystko w moc swoją.
Witek tego wszystkiego nie widział, tylko co chwila mówił:
— Paninko, loboga prędzy!
— Nie bój się, ja poproszę papy, to cię nie wybije. Mnie tak dobrze jeździć z tobą. Nie wiem, dlaczego mamusia mi nie daje?
— Juścić, bo to nie pasuje.
— Dlaczego Witku?
— Bo paninka jest dzidzicowa córka, a jo se źruboki pase.
— No, to co? Kiedy ja wolę z tobą jeździć, niż się uczyć głupich rozmówek.
— Ja ta nie wim co, ino to, ze paninka je ślachecko, a jo chłopski.
— Madam mówiła, że przecież to wszystko jedno.
— Jedno to pewnikiem i nie jest, bo ślachta ma grontu więcy, kiej chłopy, i ucone są, i ubier mają insy, i całkiem inacy zyją.
— Witek, a czemu ciebie twoja mama nie posłała do szkoły?
— A bo matula pinindzy ni mają, i bez to głupim chłopem ostanę.
— A jakbyś miał pieniądze, Witku?
— Jakbym miał, paninko, tobym się wszyćkiego, co się ślachta ucy, naucył, ubier se sprawił ślachetny, grontubym kupił od Kłęba, abo i od Gulbosa, jakby