Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zostanę tutaj... co tam! zostanę — i ciepło jeszcze większe czuł w sercu, i marzenia jakieś niejasne o szczęściu cichem, przy ziemi, przy swoich, majaczyły mu w mózgu uparcie. — Co tam, zostanę!
Podziękował im serdecznie za wigilję i poszedł do siebie.
Chodził po izbie i rozmyślał, i coraz częściej sobie mówił: — Zostanę! — i widział ten chłopski dom i Wawrzonów, jako jedyną ostoję dla siebie, i snuło się przed nim to przyszłe życie, jak smuga jasna, jak pola okryte runią wiosenną, pełne ciszy i spokoju. Drugie kury zaczynały piać, a on wciąż chodził i rozmyślał, i zupełnie świadomie powtarzał:
— Zostanę. Gdzie ja będę szukał i czego?
Drzwi skrzypnęły do sieni, wyjrzał i zapytał:
— Idziecie do kościoła?
— Tak, matula w południe idą; jo pódę na pasterkę, ociec późni przyjadą po mnie.
— Marcysia, zaczekaj trochę, pójdziemy razem.
Śpiesznie się ubrał w długie buty i kożuch, i poszli.
Noc jeszcze była szczera, ino gwiazdy przybladły nieco i świeciły jak przez mgłę, a nad śniegami wisiał tuman oparów. W chałupach się świeciło, i po drodze, wytartej płozami sań, majaczyły sylwetki ludzi, albo rozlegał się turkot sanek, a zresztą cisza przeogromna nocy zimowej. Głosy dźwięczały wyraźnie na mrozie, śnieg skrzypiał sucho pod nogami, a nad ludźmi i końmi wznosiły się kłęby pary.
— Marcysiu! — szepnął, biorąc ją za rękę.
— Hę? — i podniosła na niego oczy.