Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pan Jezus pieniądze wziął i zaraz do karczmy weszli.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
— Na wieki! Witajcie ludzie, a skąd to Pan Bóg prowadzi?
— Ze świata, moja pani karczmarko, ze świata. Zziębliśmy, głodniśmy, może nas pani czem pokrzepi.. bo ledwo dech się w nas tłucze z utrudzenia.
— Chleba nam pani dajcie — rzecze św. Piotr.
— Niema.
— No to choćby samego syra, abo kiełbasy...
— Niema moi ludzie...
— Może pani mają choćby z miseczkę kapusty abo i kartofli?
— Niema nic, bo przed wami jakieś ludzie byli i zjedli wszystko do ździebka.
— A gorzałkę macie?
— Gorzałka to jest, ale tylko prosta śmierdziucha, bo śprytu i słodkiej zabrakło.
— Może się napijecie? — pyta Pan Jezus.
Judasz jeno splunął, a św. Pietrz rzeknie:
— I... półkwaterek jaki by nie zawadził, bo aże mi we wątpiach piszczy i na duszy już mi całkiem ckno.
— Śledzie może są? — powiada Judasz, bo żółtek łasy był na rybki!
— Niema śledziów.
— Cóż ja wam biednym poradzę! — narzeka Pan Jezus.
— Żebyście zapłacili, to znalazłaby się gąska może...