Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Św. Pietrza taka złość ścisnęła, że chciał kijaszkiem choćby ino raz Niemca lunąć przez łeb, a Judasz gadał:
— Takim zły, Panie, takim zły, że choćby tę kokoszkę, co siedzi na płocie, wziąć — to wezmę.
Pan Jezus im na to:
— Scierzpcie... Ludzie są ciemne i dlatego głupie i złe. Tylko małpa małpie plecy szarpie, a człowiek za człowiekiem powinien stawać i pomagać, jeszcze tak będzie na świecie.
Ruszył przodem i coś gadał po cichu do siebie, a oni za nim szli... szli... a mróz był coraz większy i jeść im się chciało coraz bardziej. Szli... szli... aż i napotkali karczmę.
— Wejdziem — rzekł Pan Jezus — poczciwe ludzie dyć są na świecie.
— Panie! — odpowie św. Pietrz — ale ja już nie mam ani grosika.
Pan Jezus obszukał koło siebie i nic nie znalazł. Zafrasowało się serce Pańskie, ale mówi:
— Nie mam i ja. Może ty, Judaszu, co masz, to pożycz.
— Mam złoty! — a miał dwa, ino, że mu było żal pożyczyć.
— Daj! kiedy więcej nie masz i ten złoty.
Pan Jezus przecież wiedział, że on cygani.
Judasz samą koprowiną wysupłał 28 groszy, daje i powiada:
— Podziały mi się gdziesik dwa grosze... — bo sobie myślał, że choćby dwa grosze mniej straci.