Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się — słyszała najwyraźniej chichot, to skowyt psi, to jakieś ohydne mlaskanie. Martwiała, krew jej zastygała w żyłach, kurczyła się w sobie ze strachu, bo wydawało jej się, że czuje, jak ją ten wisiel chce złapać i zdusić. Napróżno mówiła pacierz, napróżno żegnała się: strach potęgował się coraz bardziej, a musieli iść wolno, bo zagradzały im drogę takie gąszcze zagajników, leżały takie wykroty olbrzymie, że tylko z trudem mogli się przedzierać.
Na pół żywi ze zmęczenia i trwogi przedarli się na niewielką polankę, z której ducht skręcał więcej na lewo, prowadził wprost do ich chałupy, i upadli pod ogromnym świerkiem, stojącym w pośrodku, aby trochę odpocząć. Zimno im było, więc się przyciskali do siebie i z jakąś głęboką, nieświadomą trwogą patrzeli w las. Jakiś lęk niewytłumaczony przenikał ich coraz bardziej; ta względna cisza przytłaczała ich więcej, aniżeli burza.
— Bojom się, Antosia, — szepnął chłopak.
— Nie bó-się, Józiu. Pon Jezusicek nie do nas na zatracynie, nie.
— Pon Jezus wszyćko mogą...
— Wszyćko.
— To kieby chciał, toby chałupe wzion z wiatrem.
— A wzionby.
— Antka! to i naszą graniastąby ożywił?
— Przecie, tchnąłby se w nią parą, bydlątkoby wsało.
— A kiej tatulo mięso przedali, a myśma tyż zjedli...