Strona:Władysław Stanisław Reymont - Na zagonie.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niemowę zawołam.
— Nie chódź do roboty.
— Pójść nie pójdę.
Nie mówili już do siebie więcej. Jedli śniadanie bez apetytu, choć zwykle zjadali cztero-garncową grapę.
Przez sień przechodzili śpiesznie, nie patrząc na drugą stronę.
Coś im dolegało, ale co? tego nie wiedzieli; nie był to żal, ale raczej obawa trupa, śmierci, miotała nimi i zamykała im usta.
Jak tylko się dobry dzień zrobił, Antek zawołał niemowę, ten zmarłego umył, ubrał i zapalił mu w głowach gromnicę.
Antek poszedł powiadomić księdza i wójta, że ociec pomarli, a on, jako nie mający pieniędzy, pochowku robić nie będzie. »Niech go ta Tumek chowa kiej wzion wsyćko«.
Po wsi w mgnieniu oka rozeszła się wieść o śmierci. Ludzie schodzili się gromadkami, spojrzeć na trupa, odmruczeć pacierz, pokiwać głowami i odejść, by rozpowiadać pozostałym.
Koło wieczoru dopiero Tomek, zięć zmarłego, pod naciskiem opinji zajął się pogrzebem.
Na trzeci dzień, przed samym pogrzebem, przyszła Tomkowa.
W sieni spotkała się oko w oko z Antkową, która jak raz wyniosła picie krowom w małej cebratce.
— Niech będzie pochwalony! — szepnąła pierwsza, śpiesznie biorąc za klamkę.