Strona:Władysław Stanisław Reymont - Lili.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
276
WŁ. ST. REYMONT

więc przykryto je tarcicami i zamieniono na stoły. Obrał sobie miejsce zaraz przy parawaniku, przylepił świecę do deski, rozłożył szminki i poszedł na scenę: nie chciało mu się ubierać. Wyglądał na salę, nasłuchiwał krzyków przed bramą, to cichego strojenia instrumentów, i myślał, że to ostatni raz w życiu jest w budzie podobnej; przyglądał się tym kulisom z ręczników pozszywanych, tylnej kurtynie, przedstawiającej bogaty salon, zbieraninie mebli, poustawianej na dygocącej podłodze, firankom, przypiętym szpilkami do ślepego okna, obrazom na ścianie, utworzonym z wyciętych ilustracyi, które przylepiono do płótna i obwiedziono pasem złotego papieru