Strona:Władysław Stanisław Reymont - Legenda.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


„Przysięgnij na ten krzyż, żeś nie luter, to ci sprzedam!”
zawołał prawie z rozpaczą i, wyciągnąwszy z pod koszuli krzyżyk, pochylił się z nim do Niemca.
Niemiec odskoczył, zaparskał, jak kot, i gdzieś przepadł.
Maciej z przerażeniem żegnał się i rozglądał dokoła; nie było po nim śladu, tylko jakiś smród spalonych końskich kopyt niemile wiercił w nozdrzach.
„Chłopie, czy aby ci się nie troi we łbie?”
strofował się, przecierając sobie oczy. Nie wymiarkował jednak, żali przywidzenie to było, czy prawda.
„Boże, bądź miłościw grzesznej duszy mojej!”
szeptał, wracając na noc z owcami. Ale i noc miał wielce niespokojną, pełną dręczących snów i zwidzeń, że raz po raz budził się, oblany zimnym potem w strachu.
Nazajutrz, jak zwykle, poszedł za stadem, a że dzień był ciepły i suchy, zabrał ze sobą robotę i strugał pilnie pasyjki; powycinał różne ptaszki i zwierzęta.
Nie cieszył się niemi jak zwykle, bo gryzła go coraz mocniej strata owiec i pieniędzy i przejmował jakiś głupi niepokój, jakby przed nieszczęściem.
A najgorzej było nocami. Białek wciąż warczał, a on słyszał wyraźnie jakieś kroki dokoła szałasu, to obcieranie się o węgły i targanie drzwiami. Wybiegał na dwór z siekierą w garści. Nie było nikogo. A jeszcze nie