Strona:Władysław Stanisław Reymont - Legenda.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


„Ma oczy, kieby w cudzie zjawione!”
myślał, ruszając w dalszą drogę.
„Trzaby spróbować!”
ważył się nieśmiało, choć sam był nielada majster i wyrzynał w drzewie przeróżne figury, jak mało ktoby potrafił. Zwłaszcza o jego pasyjki, rzezane w gruszkowem drzewie, ubiegano się po wszystkich okolicznych odpustach.
Wiadomo było, że, gdzie taką pasyjkę mieli w chałupie, tam zły nie miał przystępu ni żadne nieszczęścia.
Tak powiadali, niemało się temu zarazem dziwując, gdyż mieli go za niedowiarka, że do kościoła nie zaglądał i księżom nie czapkował.
„Kto ze samym dziedzicem ma sprawy, z włodarzami się nie zadaje!”
powiedział kiedyś w karczmie, gdy mu o tem napomknięto. Długo o tem deliberowano.
Jakoż i teraz wyminął kościół, nie uchyliwszy czapy, i wszedł do karczmy, stojącej nad stawem. Żyd siedział za szynkwasem przy łojówce, bo izba była ogromna i mroczna, a kiwnąwszy mu głową, bez pytania postawił przed nim butelkę i kieliszek.
Maciej pił, fajeczkę pykał, spluwał na środek i coś w głowie układał.
„Mam zmartwienie, żydzie”,
rzekł po chwili.
„Dajno mocniejszej...”
Żyd postawił inną flaszkę, nalał mu w kieliszek i, po-