Strona:Władysław Stanisław Reymont - Legenda.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


wróciwszy za szynkwas, jął kiwać się nad wielką księgą, zcicha podśpiewując.
„Obraźnik szukał Macieja!”
szepnął po dłuższem milczeniu.
„Wie, gdzie mnie znaleźć... Miał tu dzisiaj na mnie czekać...”
„Jakiś Niemiec chciałby kupić waszych pasyjek na odpust do Słupi.”
„Cóż to za jeden? Lutrom nie sprzedam.”
„Nie znam go. Czarny, mały, kudłaty, z porcelanową fają w zębach.”
Maciej, machnąwszy lekceważąco ręką, wyznał swoje strapienia.
„Ukradli mi pięć matek... Nie miarkujesz to, ktoby je wziął?...”
„Co ja mogę wiedzieć? Dawno?”
pytał żyd, żywo rozciekawiony.
„Z tydzień temu. Przepadły, jak kamień we wodzie. Nawet pies nie wytropił śladów.”
„Jak wilcy nie zjedli, to ktoś ukradł. Przecież djabeł po nie nie przyszedł.”
„Właśnie. Nie ruszałem się od stada krokiem i przepadły. Byś się przewiedział.”
„Co ja na tem zarobię?”
Weszły jakieś chłopy i piły; potem zwaliła się kupa bab i rajcowała, popijając.
Maciej siedział w kącie i pił kieliszek za kieliszkiem, mocno przejęty nie tyle stratą owiec, ile tem, jakby to wyrznąć taką twarz Dzieciątka. Już w myśli ją strugał, wygładzał i dobywał z kloca.
Ocknął się nagle z frasunków, gdyż jego własny pies