Strona:Władysław Stanisław Reymont - Krosnowa i świat.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

grom! Aż świat dygotał od huków, i trwoga zatrzepotała od Oceanu do Oceanu, ludzkie źdźbła się przygięły i, niby łan, schylały pod stopy niewidzialne, pod oczy przemożne i pod wolę nieubłaganą...
«On» jechał!
Pociąg szalał w locie, dyszał płomieniami, prężył stalowe muskuły, rozwijał ogniste skrzydła i, niby smok w kłębach dymów, miotał się i rwał w dale chmurne i nieprzeniknione. «On» chodził niespokojnie po wagonie, przyczajał się jak pantera przy oknach i wpijał niespokojne, latające oczy w strugi deszczu, w mgły i w nikłe sylwetki żołnierzy, biegnących wraz z pociągiem, to padał ciężko na kanapę i tak trwał w bezruchu, z zamknięte- mi oczami, ledwie dysząc...
Mijały prawie dnie całe i noce długie, aż pewnego poranka listopadowego, gdy deszcz zatapiał świat, chłód przejmował, a szare, zgniłe powietrze dusiło, przejmując serca niewypowiedzianym smutkiem — pociąg przystanął.