Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poszedł do karczmy, dojrzał przez okno, że jest tam sporo ludzi, ale się nie zawahał i wszedł ostro i, jakby nigdy nic, przystąpił do największej kupy i chciał się witać ze znajomkami; któryś mu tam rękę podał, ale reszta odsunęła się żywo na wsze strony i śpiesznie zaczęli wychodzić.
Nim się spostrzegł, został prawie sam w karczmie; dziad jakiś siedział przed kominem i Żyd za szynkwasem.
Zrozumiał, że to on rozgonił wszystkich, ale połknął i to i kazał dać kieliszek wódki, jeno że postawił niedopity kieliszek i śpiesznie wyszedł.
Łaził błędnie dookoła stawu i spoglądał z uwagą na pręgi świateł, co chlustały gdzie niegdzie z okien na śnieg przemiękły i lśniły się w wodzie, pokrywającej lód.
Zmiękł znowu w sobie i niewypowiedziana ciężkość zwaliła mu się na serce, poczuł się tak samotnym, zbiedzonym i nieszczęśliwym, taką potrzebę czuł wyżalenia się i wejścia między ludzi, posiedzenia choćby przed jakim ogniem, że do pierwszej z brzega chałupy poszedł do Płoszków.
Byli wszyscy, ale na jego wejście porwali się zestraszeni, nawet Stacho nie wiedział, co rzec.
— Jakbym zarznął kogo, tak patrzycie! — rzekł cicho i poszedł do drugich, do Balcerków, ale i ci przyjęli go lodowato, bąkali coś niecoś, a nikt nawet przysiąść nie zapraszał
Zajrzał jeszcze tu i owdzie, wszędzie było to samo.