Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wypadł na drogę i, ani wiedząc gdzie, poleciał w topolową drogę, ku lasom, przystawał chwilami zalękły i słuchał głosu, który mu wciąż brzmiał w uszach kiej dzwon i tak bił ciężko, że dziw głowa nie rozpękła.
Noc była ciemna i wietrzna, topole przyginały się z szumem, że niekiedy gałąź jakaś chlastała go po twarzy, to znowu przyciszało się i drobny, przykry, marcowy deszcz zacinał w twarz, ale Antek nie zważał na nic, biegł jak błędny, a przerażony i pełen grozy niewypowiedzianej.
— Że już i gorzej być nie może! — szepnął wreszcie, przystając. — Sprawiedliwie mówił! Sprawiedliwie!
— Jezus mój, Jezus! — ryknął naraz, chwytając się za głowę, bo w tym momencie jakby przejrzał i zrozumiał winy swoje i grzechy, że wstyd wprost nieludzki zaszarpał mu duszą i ozrywał ją na kawały.
Pod jakiemś drzewem siedział długo, zapatrzony w noc i zasłuchany w cichą, trwożliwą i straszną jakąś gędźbę drzew.
— Przez niego wszystko, przez niego! — począł krzyczeć, i ogarnęło go jakby szaleństwo gniewu i nienawiści, wstały wszystkie żale dawne i wszystkie dzikie zamysły pomsty skłębiły się w nim i przewalały, jak te chmury, pędzące po niebie.
— Nie daruję! Nie daruję! — zawyła w nim dawna zapamiętałość, że ostro ruszył zpowrotem do wsi.
Kościół już był zamknięty, w chałupach się świeciło a po drogach tu i owdzie spotykał ludzi stojących kupkami i radzących cosik mimo deszczu i zimna.