Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To trwali w cichości, póki ostatnie zarzewia nie zaczęły w nich przygasać.
Mateusz wyciągnął flecik i jął na nim przebierać i ciągnąć zcicha tą nutą rzewliwą a mieniącą, jakoby kto rosy suł po owych pajęczynach, a Sochowa zaśpiewała „Pod Twoją obronę“. Przywtarzali jej zcicha.
A potem zaś zwolna poczęli pogadywać o tem i owem, jak zwyczajnie.
Młódź zaczęła między sobą się prześmiewać, bo Tereska żołnierka zadawała parobkom zagadki ucieszne, że zaś ktosik powiedział, jako Boryna powrócił już ze sądów i pije teraz w karczmie ze swoją kompanją, Jagusia zawinęła się cicho i wyszła, nie wołając nawet Józki, a za nią Antek wysunął się też ukradkiem, dopadł jeszcze w sieni u proga, ujął mocno za rękę i powiódł do innych drzwi, na podwórze, a stamtąd przez sad za stodoły.
Prawie nie zauważono ich wyjścia, bo Tereska w głos wołała:
— „Przez ciała, przez duszy, a pod pierzyną się ruszy?“ Co to jest?
— Chleb, chleb, każdy wie! — wołali, skupiając się koło niej.
— Albo to: „Gonią się goście po lipowym moście?...“
— Przetak i groch!
— Każde dziecko o takich zagadkach wie.
— To mówcie drugie, mądrzejsze!
— „W koszuli się na świat rodzi,
A po świecie nago chodzi?“