Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Próżno go żona wstrzymywała, próżno u nóg mu się wlekła błagający, przeklinał i przeklinał, że na darmo krew swoją lał za Pańską sprawę, na darmo bronił kościołów, na darmo rany ponosił, głód cierpiał, na darmo poczciwym był i pobożnym, na darmo — Pan Bóg i tak go opuścił i na zatracenie skazał!
Strasznie bluźnił przeciw boskiemu imieniowi a krzyczał, że już chyba złemu się cały odda, bo on jeden ludzi w biedzie nie opuszcza.
Juści, że na takie przezywy wnet się zły jawił przed nim.
Jastrząb się już nie pomiarkował w tej złości a ino zawołał:
— Pomagaj djable, jeśli możesz, bo mi się wielka krzywda stała.
Głupi nie pomiarkował, że Pan Jezus chciał go doświadczyć i wypróbować.
— Pomogę, a oddasz duszę? — zaskrzeczał zły.
— Dam, choćby i zaraz!
Napisali cyrograf, któren chłop krwią ze serdecznego palca podpisał.
I już od tego dnia zaczęło mu się wszystko wieść, sam mało co robił, a ino doglądał i rządził; Michałek, bo tak się kazał zły przezywać, robił za niego — a drugie djabły, poprzebierane za parobków, to za Miemców, pomagały — że w krótkim czasie gospodarstwo było jeszcze większe i bogatsze niźli przódzi.
Ino dzieci nie było nowych, bo jakże bez błogosławieństwa boskiego mogły być!