Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wzięły go między siebie i powiędły rankiem na gospodarzowe pole i założyły do pługa, któren stał na roli, wdowa nim orała wraz z krową i dziećmi.
— Poorzą tobą, podpasą, to jesienią powrócim cię wyprząść! — powiedziały.
O dniu nadeszła wdowa i poznała go zaraz, to, choć krzyknęła zrazu, że to cud, iż powrócił i stał już w pługu, ale rychło żałośliwość przypominków tak ją objęła, że zaczęła znowu wyklinać i bić, co ino wlazło! Robiła też w niego potem, robiła a odbijała się za krzywdę! Całe lato tak szło w ciężkiej, cierzpliwej pracy, bo choć koniskowi skóra się odparzała od chomąta, ani rżał, wiedział, iż cierzpi sprawiedliwie. Dopiero w parę roków, kiej wdowa się dorobiła nowego chłopa i tych morgów, co po sąsiedzku szły wpodle, zmiękła la konia i powiedziała:
— Ukrzywdziłeś nas, ale za twoją sprawą Pan Jezus pobłogosławił, rodziło się, chłop się niezgorszy trafił, rolim przykupiła, to ci już z serca odpuszczam.
I zaraz, tej samej nocy, kiej w chałupie chrzciny sprawiali, przyszły Panajezusowe wilki, wyprowadziły konia ze stajni i powiędły do niebieskiej zagrody!
Dziwowali się temu zrządzeniu boskiemu niepomiernie, zastanawiając szeroko, jak to Pan Jezus zawsze karze zło a dobro wynagradza i o niczem, choćby, na ten przykład, o koniu takim, nie przepomni.
— Choćby i ten robaczek, wiercący w ścianie, a nie ukryje się przed jego okiem...
— Ni nawet najtajniejsze pomyślenie, ni chęć jaka paskudna — dorzucił Rocho.