Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


gospodarz! Jezus ci to był, on gospodarz przenajświętszy, on Pan niebieski i rzecze:
— Nic tu po tobie, wałkoniu i zabijaku, jak błogosławić będą ci, co cię teraz przeklinają, każę cię wpuścić do stajni.
— Bił me, tom się bronił!
— Za bicie przede mną sprawa, ale i sprawiedliwość ja w ręce trzymam.
— Takim głodny, takim spragniony, takim obolały! — jęczało konisko.
— Rzekłem swoje, ruszaj precz, wilkom cię każę jeszcze szczuć i poganiać...
To i zawróciło konisko do zimowego kraju i wlekło się o chłodzie i głodzie, a w wielkim strachu, bo wilki, jak te psy Jezusowe, poganiały pilnie, strasząc go wyciem, aż i pewnej nocy zwiesnowej stanął przed wrótniami swojego gospodarza i zarżał, by go przyjęli zpowrotem, ale na to wyleciała wdowa z dziećmi, a poznawszy go, choć tak był zbiedzony, nuż go prać, czem popadło, odganiać a wyklinać za krzywdy, bo bez te śmierć chłopa pobidniała i w wielkiej nędzy żyła wraz z dziećmi.
Nawrócił do borów, bo już nie wiedział, co począć, opadły go zwierzaki, nie bronił się nawet, zarówno mu już była i śmierć, ale one go ino obmacały, i starszy powiedział:
— Nie zjemy cię, boś za chudy, skóra i gnaty, szkoda pazurów, ale ulitujem się nad tobą i pomożemy...