Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— I to sam król tak żył z chłopami? — zapytał Kłąb po długiem milczeniu.
— Sam król!
— Jezus, umarłabym, gdyby król do mnie przemówił — szepnęła Nastka.
— Poszłabym za nim w cały świat za to jedno słowo! w cały świat! — wykrzyknęła namiętnie Jagna, przejęta takiem mocnem a zapamiętałem wzruszeniem, że niechby się jawił w ten moment, niechby rzekł to słowo, a poszłaby jak stała, w tę noc, w ten mróz, w cały świat!
Opadli wnet Rocha pytaniami, a gdzie to zamki takie, wojska takie, te bogactwa, te moce, śliczności takie, króle takie, gdzie?
Więc opowiadał smutnie nieco a tak mądrze wraz prawdy różne i przykazania powiadał, że jeno wzdychali ciężko, medytując i rozważając pilnie te urządzenia na świecie.
— Jedno dzisiaj człowiekowe a jutro w Boskiej mocy! — rzekł Kłąb.
Rocho odpoczywał zmęczony, a że zaś wszystkich dusze ogarnięte jeszcze były onemi cudownościami, to zaczęli między sobą, cicho zrazu, a potem już dla wszystkich na głos opowiadać, co kto wiedział.
Jedna co rzekła, po tej druga, to i trzeciej się przypomniało i czwartej, a każda co nowego niesła, że snuły się one gadki jako te nici z kądzieli, jako ta miesięczna poświata, grająca farbami na poślepłych, pomarłych wodach, przytajonych borach — to o topielicy, przychodzącej nocami karmić głodne dzieciątko — o upio-