Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niechby się mnie czepiła, nie darowałabym! — wykrzyknęła Tereska żołnierka.
— Hale, jakby o tobie co dnia nie pyskowała po wsi... — szepnęła urągliwie Balcerkowa.
— Słyszeliście, powtórzcie! — zakrzyczała rozczerwieniona, boć wiadomem było, że z Mateuszem dobrze się znała.
— Powtórzę, nawet prosto do oczów powiem, niech jeno twój z wojska powróci!
— Wara wam do mnie, ale, będą tu bele co powiadać!
— Nie drzyj się, kiej cię nikt nie zaczepia — zgromiła ją surowo Płoszkowa, ale Tereska długo nie mogła się uspokoić, mamrocząc cosik zcicha.
— Byli już z niedźwiedziem? — zagadnął Rocho, aby zwrócić uwagę w inną stronę.
— Ino ich patrzeć, bo są u organistów.
— Które to chodzą?
— A dyć te wisielaki Gulbasowe i Filipki chłopaki!
— Idą już, idą! — zaczęły wołać dziewczyny, bo się rozległ przed domem długi ryk, a po nim głosy różnych zwierząt zaczęły się rozlegać w sieni, bo kogut piał, owce beczały, koń rżał, a przewodził im ktosik na piszczałce, wreszcie drzwi się otwarły i przodem wlazł chłopak, przyodziany w kożuch do góry wełną, z czapką wysoką, przysmolony na gembie, że jak cygan się widział, a ciągnął za sobą na długiem powróśle onego niedźwiedzia, przybranego całkiem w grochowiny, z kożuszanym łbem, z ruchającemi się uszami z pa-