Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


usz zaś witał się z niektórymi, nie patrząc nawet na Jagnę, jakby jej nie dojrzał, choć siedziała w pośrodku i najpierwsza mu w oczy wpadła, uśmiechnęła się na to leciutko, nieznacznie stróżując oczami drzwi wchodowych.
— A wiało też dzisiaj, że niech ręka boska broni. Kobiety napół żywe przywlekły się z lasu, a pono Hanka z Bylicą jeszcze nie powróciła — zagadnęła Sochowa.
— Juści, biednym to zawdy wieje w plecy — mruknęła Kobusowa.
— Na co to ano i tej Hance zeszło! — zaczęła Płoszkowa, ale spostrzegłszy, że na Jagnę uderzyły ognie, urwała prędko, zagadując czem innem.
— Jagustynki nie było? — zapytał Rocho.
— Plotkami ni obmową nie pożywi się u nas, to za nic ma taką kompanję.
— Pleciuch baba, tak dzisiaj najurzyła u Szymków, że sołtysowa sklęła się z wójtową i, żeby nie ludzie, do biciaby przyszło.
— A bo jej pozwalają przewodzić.
— I ustępują kiej przed czem poczciwem.
— Nikto się nie znajdzie, żeby jej zapłacił za te ciągłe swary i kłyźnienia.
— Przecie wiedzą wszyscy jaka, to czemu szczekaczowi wiarę dają.
— Juści, kto wymiarkuje, kiedy prawdę powie, a kiej scygani!
— Wszystko jest bez to, że każda rada słucha na drugą — zakończyła Płoszkowa.