Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyjrzała jeszcze na dwór, wiatr całkiem ustał, uspokoiło się zupełnie, noc była ciemna, że ledwie te śniegi szarzały, na niebie kłębiły się ogromne chmury a przewalały się kiej wody, od borów dalekich czy też z tej ciemnicy nieprzejrzanej szły jakieś głuche szumy.
Zgasiła światło i, szepcąc pacierze, zaczęła się rozbierać.
Naraz jakiś wrzask daleki, przytłumiony zadrgał w ciszy, rósł, rozlegał się coraz wyraźniej a wraz z nim i blask krwawy uderzył w szyby.
Wybiegła przed dom wystraszona.
Paliło się, gdziesik ze środka wsi buchały słupy ognia, dymów i skier.
Dzwon zaczął bić na trwogę i krzyki się wzmagały.
— Gore! wstawajta, gore! — zakrzyczała do Stachów, przyodziała się naprędce i wypadła na dróżkę, ale zaraz prawie natknęła się na Antka, biegnącego pędem ode wsi.
— U kogo się pali?..
— Nie wiem, wracaj do chałupy.
— Może to u ojca, bo jakoś w pośrodku! — bełkotała w trwodze śmiertelnej.
— Wracaj, psiakrew! — ryknął, porywając ją przez siłę do izby.
Okrwawiony był, bez czapki, kożuch miał porozrywany, twarz osmoloną i dziki, nieprzytomny ogień w oczach.