Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A może się tak stanie, może przyjdzie taka godzina, że ją przyzwie...
I zwolna, zwolna, kołująca jeszcze, pełna wahań wstawała w niej niezmożona chęć zgody i powrotu do starego.
— Troje nas cierpi biedę a niezadługo będzie czworo! Dam to wtedy radę, co?
Antka już nie wliczała, nie brała w rachubę w tej chwili, widziała tylko siebie i dzieci, sama się czuła gotową do stanowienia za wszystkich. Jakże, na kogo się to spuści? Kto to pomoże, chyba Bóg jeden, albo i Boryna!
Zaczęła marzyć, że niechby się jeno dorwała zpowrotem gospodarstwa, niechby znowu poczuła ziemię pod nogami, to się tak przypnie do niej, tak weprze całą duszą i pazurami, że nic jej nie oderwie i nie zmoże. Nadzieja w niej rosła wraz z takim nabierem sił, aż ją rozpierało we środku od mocy, nieustępliwości a odwagi, ognie chodziły po niej, oczy się roziskrzały... już się nawet czuła tam, u Borynów, rządziła wszystkiem, gospodynią była...
Długo, może do samego północka tak się rozmarzała, postanawiając równocześnie, że zaraz z rana, jak przykazywał, zabierze jeno dzieci i pójdzie do starego, choćby Antek nie wiem jak zakazywał, choćby ją nawet skatował, nie posłucha i pójdzie, a tej dobrej okazji nie popuści. Moc w sobie poczuła niezmożoną do walki choćby z całym światem, nie wahała się już, ni bała niczego!