Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stary też narządził pęk niezgorszy, obwiązał sznurem i wlókł go, rozglądając się za pniem, by z niego łacniej wziąć na plecy.
Hukali na kobiety, ale w dużym lesie znowu się srożyła wichura, to się i nie skrzyknęli.
— Hanuś, do topolowej nam się przebrać, lepiej będzie, niźli przez pola.
— To chodźmy, pilnujcie się mnie i daleko nie ostajcie.
Wzięli się zaraz z miejsca na lewo, przez kawał starej dębiny, ale ciężko było, śnieg leżał po kolana, to gurbił się miejscami w zagony, bo drzewa stały rzadko i bez liści, tyle, że gdzie niegdzie wśród rozłożystych potężnych konarów trzęsły się siwe brody; tu i owdzie jaki młody dąbek, pokryty zrudziałemi kudłami, przyginał się do ziemi ze świstem. Wiatr dął z całej mocy i tak kurzył śniegami, że iść było niepodobna, stary się wnet zmęczył i ustał, a i Hance sił brakowało, to jeno wspierała się brzemieniem o drzewa, wystrachanemi oczami szukając lepszej drogi.
— Nie przejdziemy tędy, a za dębiną mokradła, nawróćmy do pól.
Jakoż nawrócili w duży i zwarty las sosnowy, gdzie ciszej było nieco i śniegi nie zalegały tak wysoko, a pokrótce wyszli na pola — ale tam szły takie zakurki, że świata nie rozpoznał nawet na to śmignięcie kamieniem, nic, jeno biała, rozkłębiona, przewalająca się ćma. Wicher zaś wciąż parł ku borowi, odbijał się kiej od ściany, przewalał wznak na pola, ale stawał niezmożony, zgarniał całe góry śniegów i niby