Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pomruk leciał groźny, przyduszony, i znagła bór się prostował, podnosił, szedł jakby, przyginał ciężko i uderzał ze strasznym krzykiem, a bił już jak ten mocarz, oślepły gniewem i pomstą, że wrzask się zrywał, bój napełniał las, strach padał na wszystkie stworzenia, przyczajone w podszyciach, a oszalałe z trwogi ptactwo tłukło się wśród śniegów, lejących się wzburzonemi strugami, i wśród podruzgotanych gałęzi i wierzchołów.
A potem nastawały długie, zgoła martwe cisze, w których słychać było wyraźnie jakieś dalekie, ciężkie łomoty.
— Las rąbią przy Wilczych Dołach, gęsto się wali — szepnął stary, nasłuchując nad ziemią głuchych drgań.
— Nie marudźcie, do nocy siedzieć nie będziemy.
Zaszyli się w wysoki, młody zagajnik, w taki gąszcz splątanych i zwartych ze sobą gałęzi, że ledwie się mogli przeciskać do środka, cisza ich otoczyła grobowa, żaden głos się już tam nie przedzierał, nawet światło jeno z trudem sączyło się przez grubą pokrywę śniegów, wiszącą na czubach niby dach. Ziemista, spopielała szarość zapełniała głębię, śniegu prawie nie było na ziemi, a tylko opadły zdawna, zwietrzały susz zaścielał miejscami po kolana, kajś niekajś zieleniły się pólka jagodziny albo muchar zaschnięty.
Hanka obłamywała kulką co grubsze gałęzie, przycinała je do jednego wymiaru, układając w rozpostartą płachtę, a robiła tak zapalczywie, aż chustkę zrzuciła z gorąca i może w jaką godzinę narychtowała takie brzemiono drewek, iż ledwie mogła je sobie zadać.