Strona:Władysław Stanisław Reymont-Chłopi Tom II.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A niechta! A niechta! — szeptała twardo, moc w sobie wzbierając i cierpliwość.
Trzeba, to chodzi po drzewo, dyguje na plecach, w jeden rząd z dziadówkami jak Filipka stawa, a płakać nie będzie, ni żalić się nie będzie, ni o poratunek zabiegać.
Gdzie to i pójdzie? Dadzą chyba, ale to jakie słowo litościwe, od którego dziw krew nie trysnie z serca... Pan Jezus ją doświadcza, krzyże zsyła, to może kiedyś i wynagrodzi... A niechta, przetrzyma wszystko, nie pomarnuje się z dziećmi i rąk nie opuści, a na politowanie ludzkie ni pośmiewisko się nie da!
Wycierpiała się ona ostatniemi czasy tyla, że każda kosteczka trzęsła się w niej i łamała zosobna z tego bolenia — wycierpiała!
Nie to, że bieda i poniewierka, że często głód, iż ledwie dzieciom starczyło, nie, że Antek w karczmie przepijał z kamratami, o dom nie stojał a kiej ten pies zwleczony chyłkiem się do chałupy wsuwa i na jakie bądź słowo napomknienia za kij chwyta — bywa to bowiem nierzadko i gdzie indziej, możnaby odpuścić; ot przyszła na niego taka zła godzina, to aby jeno cierpliwie przeczekać, przejść jeszcze może. — Ale tego przeniewierstwa nie mogła mu zapomnieć, przeboleć i darować!
Nie, nie poredziła. Jakto, ma żonę i dzieci, a o wszystkiem zapomina la tamtej... To ją kieby rozpalonemi obcęgami ściskało za serce, przegryzało nawskróś i rozrastało się w niej piekącą, nieustępliwą pamięcią.